Dlaczego blogi podróżnicze są wkurzające?

Dlaczego blogi o podróżach są wkurzające?

Czy tylko mnie wkurza większość blogerów podróżniczych? Ludzie, którzy nazywają siebie “nomadami”, ciągle publikujący takie same zdjęcia w trakcie podskakiwania w powietrzu, zawsze szczerzący się do kamery jak szaleńcy. Tak, 10 lat temu to było coś nowego, ale teraz setki tysięcy ludzi podróżują, rzucają pracę, sprzedają wszystko i wyjeżdżają w świat (tak! nawet ja!). Ale nie lubię tego cholernie pozytywnego image’u blogerów podróżniczych. Zawsze roześmiani albo robiący głupie miny, robiący sobie takie same zdjęcia nad basenami, na Route 66 czy w Phi Phi w Tajlandii. I te rodziny, które ciągle muszą komuś (sobie?) udowadniać, że właściwie da się podróżować z małymi dziećmi. Zakochane pary podróżujące razem i całujące się na każdym zdjęciu? Dlaczego blogi podróżnicze to najczęściej oklepane klisze?

Wszyscy wiedzą, że w podróżowaniu chodzi o pieniądze. Więcej ludzi by to robiło, gdyby było ich stać. Ludzie z zachodu, i bogatych krajów mają pieniądze, więc podróżują. Niestety tracą tą świadomość karmieni liberalnym bajerowaniem o tym, że każdy może zostać kimkolwiek zachce i że każdy może podążać za swoimi marzeniami. Jasne, wiele osób marzy o podróżach, ale nie wielu na nie stać. Jeśli ktoś urodził się w tak zwanym trzecim świecie, jego marzeniem nie jest podróżowanie, tylko własne łóżko i to, żeby mieć codziennie coś do jedzenia.

Kolejna rzecz, która wręcz odrzuca mnie od czytania blogów podróżniczych to ciągłe reklamy. Wszystkiego. Ktoś podróżuje, ma bloga czy stronę i wrzuca tam tyle reklam ile się da, żeby zarobić na reklamach. Mam spore wątpliwości, czy blogerzy na prawdę wierzą w towary, które sprzedają, że ich faktycznie używają itd. W tym wypadku są zwykłymi sprzedawcami. A czytelników karmią farmazonami o podążaniu za marzeniami. Oczywiście rozumiem, że fajnie jest podróżować i zarabiać na to podróżowanie w tym samym czasie, ale nie podoba mi się bombardowanie czytelników reklamami, których jest często więcej niż normalnych postów i tekstów.

Bardzo duży dyskomfort wzbudzają we mnie blogerzy z zachodu odnoszący się z wyższością wobec innych kultur lub wyśmiewający je. To nieetyczne i po prostu głupie. Głupio mi, jak czytam takie relacje blogerów z biednych krajów, tak często będących w przeszłości koloniami krajów, z których owi blogerzy pochodzą. Ludzie z zachodu narzekają na kiepskie warunki, mieszkają w cool-hostelach dla ludzi z zachodu, i chwalą się wydawaniem pieniędzy na niewiarygodnie tanie produkty. Coś mnie boli, kiedy czytam o takich rzeczach. Musimy pamiętać, że nie dla każdego świat stoi otworem. Że są kraje zniszczonec przez wojny, kolonializm i kapitalizm. Ten sam dostatek, który pozwala nam być częścią zachodu i mieć pieniądze na podróżowanie jest często wynikiem kolonialnej polityki zachodu w przeszłości (lub neokolonialnej dzisiaj). Ok, nie mówię, że w związku z tym rozdam wszystko co mam, wcale nie o to mi chodzi. Po prostu nie należy zapominać o tym, że bieda i nierówności istnieją i nie należy pomijać pisania o tym, ignorować jej. Wiem, że to niepopularne, że nie przyniesie lajków na isntagramie, ale to PRAWDA i to PRAWDZIWY świat.

Kolejna rzecz, która mierzi mnie w blogach podóżniczych to kiepska zawartość artykułów, które piszą. Ile jeszcze porad o tym, co spakować? Ile jeszce artykułów “nalejsze miejsce żeby zjeść w X”? Najlepsze plaże w Y? Czy to się na serio sprzedaje? Czy ludzie na prawdę chcą to czytać? Mam wrażenie, że ludzie podróżują bez potrzeby głębszego poznania miejsc, które odwiedzają. Nie chodzi mi o modne “poza utartym szlakiem”, kiedy bloger znajduje zadupie na końcu świata i pisze o tym objawieniu jakby odkrył Amerykę. Chodzi mi o to, że blogerzy przestali czytać co kolwiek poza cudzymi blogami podróżniczymi i cholernymi przewodnikami turystycznymi. Ich posty często zalatują Wikipedią. O co chodzi? Czy rozmawianie z miejscowymi umarło? Czy lektura innych źródeł niż przewodniki LonelyPlanet odeszła do lamusa?

Ostatnia, ale bynajmniej nie najmniej irytująca rzecz – blogerzy podróżniczy robią z siebie ekspertów. Od wszystkiego, ale oczywiście głównie głównie od miejsc, które odwiedzają. Czy na prawdę można posiąść eskpercką znajomość Paryża po spędzeniu tam dwóch tygodni? Czy po miesięcznej podróży po Tajlandii można uważać się za jej znawcę? Nie uważam się za znawczynię Norwegii, mimo, że jestem tu trzeci raz i łącznie byłam tu pewnie ze dwa miesiące. Ok, wiem to i owo, ale okłamałabym was, gdybym występowała w roli eksperta. Dlatego nie zobaczycie na moim blogu tak wielu porad. Nie sądzę, że powinnam ich udzielać mając tak skromne doświadczenie. Zadajcie sobie pytanie: czy uważacie się za ekspertów jeśli chodzi o wiedzę o waszym mieście? regionie? kraju? Jeśli odpowiecie przecząco, to rozumiecie o co mi chodzi. I rozumiecie, że bloger, który przyjedzie do waszego kraju i spędzi w nim miesiąc, a potem będzie pisał, jakby wiedział wszystko będzie was irytował. Wystarczy, że poczytacie bzdury, jakie piszą niektórzy zagraniczni blogerzy o waszym kraju czy mieście, zrozumiecie o co mi chodzi.