Nowy Jork – ciąg dalszy

Po nocnym pryjeździe do Nowego Jorku obudziłam się z samego rana. Wyraźnie pomógł mi w tym jetlag, który odczuwałam jeszcze przez kolejne kilka dni. Poszłam do najbliższej stacji metra i pojechałam na sam dół Manhattanu, na stację South Ferry. Ze stacji wyszłam do pięknie położonego nad wodą Battery Park. Po spokojnych wodach okalających Manhattan pływały promy na Staten Island (wiedziałam jak wyglądaja i gdzie płyną z niezastąpionego źródła wiedzy o Nowym Jorku, serialu Seks w Wielkim Mieście, który oglądałam pierwszy raz jeszcze jako nastolatka). W dali było widać Elis Island i Statuę Wolności.

W parku było pusto, poza kilkoma bezdomnymi wylegującymi się na ławkach (stały element amerykańskiego krajobrazu). Obejrzałam Castle Clinton, stary fort, który był pierwszym (jak byśmy to dzisiaj nazwali) punktem przyjmowania imigrantów w Nowym Jorku i Ameryce w ogóle. Tylko pod koniec XIX wieku przewinęło się przez niego 8 milionów przybyszów. Amerykanie przenieśli miejsce przyjmowania przyjezdnych na bardziej wyizolowaną Ellis Island, żebjezy uniknąć bałaganu (liczba przybywających do Nowego Jorku była ogromna) a także epidemii cholery, która często szerzyła się w obozach przyjeznych. Pod koniec XIX wieku fort zaczął pełnić rolę rozrywkowe, był tam ogrdódek piwny, organizowano tańce i koncerty.

Z Fortu skierowałam się w stronę ściany budynków, od której zaczynał się Manhattan. Wydawało mi się, że po tym, jak widziałam Paryż, Londyn, Berlin czy inne duże miasta NY nie powinien robić na mnie aż takiego wrażenia. Myliłam się. Nowy Jork wgniata w ziemię. Budynki są po prostu większe, niż się spodziewałam, stoją tak sobie ogromne, prawie jeden na drugim. To jedna z tych rzeczy, które oglądamy na filmach, serialach, pocztówkach i w książkach, a i tak jak stajemy w samym środku morza budynków i ludzi wrażenie ciężko opisać. Wszystkie metafory, porównania do ulu, mrowiska i tym podobne wydają się bezużyteczne. Można tylko wysoko zadzierać głowę (tylko trzeba uważać, żeby nie stać na środku chodnika, ruch jest ogromny) i patrzeć. Ciężkie do opisnaia jest też morze ludzi. Idę w kierunku Wall Street. Po drodze mijam Narodowe Muzeum Amerykańskich Indian i mieszczące się w tym samym budynku Narodowe Archiwum Nowego Jorku. Po lewej stronie stoi pomnik szarżującego byka, wielki i wściekły zwierzak z brązu ma symbolizować Wall Street, do którego się zbliżam. Coraz gęściej na chodnikach, mimo niespełna 8 rano tłok jest ogromny, chociaż między bajki mogę włożyć historie o nowojorczykach potrącających przechodniów na każdym kroku. Jeśli już to robią, to grzecznie przepraszają, przepraszają także jeśli ja potrącam ich. Po raz kolejny legendy o braku ogłady nowojorczyków wkładam między bajki. Robi się coraz gęściej od garniturów. Króluje jasnoszary, letni, koszule białe. Mimo upału obowiązkowe (najczęściej brązowe) buty i idealnie pasujące do nich pasek i torba na ramię. Połowa idzie bez krawatów, pewnie zawiążą je w biurze. Cholernie ładnie reprezentują się banksterzy (i ich personel) z Wall Street. Żadnych koszul z krótkim rękawem, kolorowych koszul z kołnierzykiem i mankietami innego koloru (co w Europie nadal uchodzi za modne/ładne/ciekawe), brak wielkich spinek do mankietów, spodnie nie za szerokie, nikt nie wygląda jak poseł Samoobrony. Ciemniejszymi kolorami garniturów wyróżnia się tylko wycieczka biznesmenów z Chin prowadzona przez ubraną w Chanel panią. Kobiety noszą skromne kostiumy, szare lub granatowe, białe koszule, proste fryzury, wszystkie wyglądają jak idealne kandydatki z podręcznika pt „jak ubrać się na rozmowę kwalifikacyjną”. Większość nosi płaskie buty. Może w biurze zamienią je na szpiki?

Trafiam w końcu w sam środek Wall Street. Widok kojarzy mi się z teledyskiem Rage Against The Machine wyreżyserowanym przez Michaela Moore’a. Moore miał co prawda pozwolenie na filmowanie przed pobliskim budynkiem, nie miał jednak pozwolenia na zajęcie ulicy ani na. filmowanie na schodach Nowojorskiej Giełdy. Muzycy zignorowali nakazy stróżów prawa, którzy w teledysku proszą ich o odejście, wdzierają się na schody Nowojorskiej Giełdy i grają koncert pod jej monumentalnymi drzwiami. Bardzo silny przekaz 😉 Co ciekawe, na teledysku widać mężczyznę trzymającego transparent z napisem „Donald Trump for President”. W 1999 roku, kiedy nagrywano teledysk reżyser Michael Moore musiał uznać to za świetny żart i umieścił faceta z tym transparentem w tłumie słuchającym muzyki. Szkoda, że rzeczywistość wyśmiała samą siebię.

Warto posłuchać, dalej brzmi świetnie. No i można popatrzeć na rozróbę pod Wall Street. Zespół i reżyser teledysku nigdy nie ukrywali swoich lewicowych, alterglobalistycznych sympatii i antypatii do świata finanjery.

https://www.youtube.com/watch?v=w211KOQ5BMI

Zaraz obok Federal Building (służącego amerykanom jako pierwszy budynek Kapitolu, miejsce inauguracji Georgrge’a Washingtona na pierwszego prezydenta USA) stoi Trum Tower. Niezbyt sympatyczny budynek, niezbyt sympatyczny właściciel.

Dalej, obok ulicy prowadzącej na Wall Street stoi sobie jakby nigdy nic niewielki (jak na Manhattan, chociaż mierzy aż 86metrów wysokości) neogotycki kościół Trinity Church należący do Kościoła Episkopalengo Stanów Zjednoczonych. Budynek z 1846 roku otoczony jest ogrodem i starym cmentarzem z przepięknymi nagrobkami, większość z nich pochodzi z połowy XVIII wieku, pochowany jest tam między innymi Alexander Hamilton, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednozonych, określany także jako ojciec dolara (jako współtwórca konstytucji i pierwszych aktów monetarnych wyznaczył wagę pierwszych monet dolarowcyh w odniesieniu do dolara hiszpańskiego).

  

Idę dalej, mijam mural poświęcony strażakom poświęcającym życie i zdrowie w trakcie ataków 9/11 i trafiam do miejsca, gdzie stały Dwie Wieże.  

Dwie wielkie dziury w ziemi, wyłożone bazaltem, po których cicho spływa w dół woda. Wokół brzegów obu dziur (dziury po wieżach WTC) wypisane nazwiska ofiar. Cholernie dużo nazwisk. Nad wszystkim góruje ogromny One World Trade Center, od którego odbijają się chmury. Najwyższy budynek na półkuli zachodniej jest po prostu przepiękny. Wokół posadzono niewiekie drzewa, proste granitowe ławki, żadnych grajków ani sprzedawców. Ciężko nie poczuć powagi tego miejsca upamiętniającego 2,606 ofiar zamachów z 11 września 2001 roku. 

Jak widać, dalej poszłam na Brooklyn. Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.