Dlaczego zdecydowałam podróżować i co chcę zobaczyć?

Zdecydowałam się na podróż ponieważ…można. Cholernie dużo ludzi rzuca wszystko i postanawia zwiedzać świat. Kiedy zaczęłam mówić, że mam zamiar zrobić to samo wszyscy rozmówcy gratulowali mi odwagi. Nie myślę o sobie, jako o specjalnie odważnej osobie. Wolę patrzeć na to z innej strony: dla mnie odwagi wymaga stabilizacja, chodzenie codziennie do korpopracy i życie od urlopu do urlopu i od weekendu do weekendu. Wydaje mi się czasami, że obieram prostszą drogę, uciekam na łatwiznę idąc lekko pod prąd.

Pomysł podróży wyszedł od marzenia, które zawsze siedziało w mojej głowie: pojechać na Alaskę. Nie będzie specjalnie orginalne przyznanie, że wielką rolę odgrywał w tym serial, który oglądałam jak dziecko. Przystanek Alaska. Nie mam uformowanego w głowie obrazu Alaski, łączy się na niego kilka mglistych obrazów gór, jezior, śniegu, rozległych lasów i lodowatych strumieni, a między nimi małych miasteczek z niskimi domkami zamieszykiwanymi przez przyjaznych, lekko zdziwaczałych ludzi. Jak bęzie na prawdę okaże się już tego lata.

Kiedy wymyśliłam podróż na Alaskę za ciosem poszłza cała reszta. Podróż po USA, w tym trzy tygodnie w samym Nowym Jorku. Na każde miasto sporo czasu, jednym z podstawowych założeń mojej podróży jest brak pośpiechu. Drugim jest brak konkretnego planu: jeśli się nie śpieszę mogę swobodnie oglądać każde miejsce, chłonąć atmosferę, poznawać je trochę lepiej, nie tracić cennych godzin na strzelanie zdjęcia za zdjęciem i odhaczanie kolejnych punktów polecanych jako „must-see” przez przewodniki turystyczne.

Po decyzji o zwiedzaniu USA poszłam za ciosem i uznałam, że skoro będę w tamtych stronach globu mogę równie dobrze obejrzeć trochę Ameryki Południowej. Miesiąc w Meksyku, kolejne półtora miesiąca w Peru, Chile i Argentynie powinny dać mi chociaż odrobinę pojęcia o tej części świata. Przy okazji pewnie nauczę się odrobinę hiszpańskiego, a przynajmniej chciałabym, żeby tak się stało.

Chciałabym też zobaczyć jak najwięcej natury i kultury w miejscach, które odwiedzę. Z jednej strony zobaczyć na żywo zwierzęta i rośliny, z drugiej poznać lokalną kulturę, obejrzeć muzea, budynki, zabytki, miasta i wsie. Wreszcie uzupełnić zwiedzanie lekturami. W meksykańskim Chiapas poczytać o zapatystach, na Alasce o gorączce złota, w Valparaiso poczytać Pablo Nerudę itd. Chcę mieć poczucie, że poznałam jak najlepiej odwiedzane kraje i miejsca. Będę starać się spróbować lokalnych potraw (do tego na stronie będzie służyć oddzielna zakładka „jedzenie”) a także posłuchać lokalnej muzyki i spróbować lokalnych alkoholi.

Nie zobaczycie raczej w moich relacjach zdjęć z dyskotek i klubów. Owszem, myślę nawet o tym, że fajnie byłoby nauczyć się tańczyć w Ameryce Południowej i dać sobie odpłynąć przy meksykańskich rytmach, ale generalnie clubbing jest na samym końcu mojej listy zainteresowań. Nie znaczy, że będę unikać ludzi, przeciwnie, zatrzymując się w hostelach spotkam ich całą masę, całkiem możliwe, że codziennie będę piła wino/piwo/cokolwiek w innym towarzystwie, niemniej z dala od dudniących basów, stroboskopów i pijanych nastolatków. W Vegas nie interesują mnie kasyna (chyba, że jako świątynia kiczu/konsumpcji/kapitalizmu/hazardu), w Holywood nie bardzo ciekawi mnie jaki celebryta mieszka w którym domu, ani gdzie odcisnęła rękę Madonna.Nie zobaczycietakże obszernych relacji z zakupów, centrów handlowych. Nie będzie blogaska modowo-lajfstajlowego, nie rozpiszę się na temat sukienek, butów, torebek i luksusowych hoteli.

landscape