Moje pierwsze dni w Nowym Jorku

Trzeciego dnia pobytu w Nowym Jorku w końcu siadam, żeby napisać notatkę z podróży. Dopiero teraz, bo nie mogłam się od Nowego Jorku oderwać. I jednocześnie teraz dlatego, że od bezustannego chodzenia odpadają mi stopy, a jetlag pozwala mi w końcu być w miarę przytomną o 20:54 czasu lokalnego (czyli o 2:54 czasu, do którego jest przyzwyczajony mój organizm).

Przed wyjazdem nie czytałam właściwie żadnego przewodnika, nie reserchowałam, nie wyobrażałam sobie, nie planowałam, chciałam, żeby wszystko było spontaniczne, żeby wszystko odbywało się, jak mówią francuzi au fil de l’eau. Z biegiem wody brzmi jakoś lepiej niż z upływem czasu. Czas w końcu jest płynny. Mój czas w Nowym Jorku to rzeka wrażeń. Raz wartka, z wodospadami, raz zwalniająca na równinach, ale szeroka, głęboka i ciągle zapewniająca o swoim majestacie.

Ale po kolei.

Lot fantastyczny. Dreamliner świetny, obsługa przemiła, piloci pozwolili mi nawet zajrzeć po wszystkim do kokpitu, w końcu tam też jeszcze nie byłam. Ani kawałka turbulencji, ani jednego płaczącego niemowlaka, wszystko idealnie. No, może tylko nie bardzo przypadł mi do gustu posiłek, okazało się bowiem, że „specjalne potrzeby żywieniowe” należy zgłaszać przed lotem, więc dostałam tak jak inni pasażerowie do wyboru kolację z kurczakiem albo z wieprzowiną. Na szczęście w jej skład wchodziły warzywa, więc brak fundamentalizmu pozwolił mi odsunąć na bok padlinę i zjeść inne rzeczy. Była też bułka, ser, sałatka ziemniaczana i zaskakująco dobre ciasto. Do tego w opór napojów, słodyczy, kanapka (znowu mięsny jeż w środku, którego zgrabnie wygrzebałam spomiędzy liści sałaty i pomidora) i odrobina owoców. Idealna ilość i idealny zestaw na 9-cio godzinną podróż. Siedzenia super wygodne, każy dostał poduszeczkę (zwykle nie zdrabniam, ale to była po prostu bardzo mała poduszka) i polarowy koc, który pozwolił się zrelaksować mimo samolotowego zimna. Świeży kwiatek i krem do rąk w łazience, każde siedzenie wyposażone w oddzielny ekran z filmami, serialami, muzyką i podglądem lotu na żywo (wysokość, położenie, mapki, prędkość samolotu itd). Wszystko dopracowane i nie dam złego słowa powiedzieć o polskich liniach lotniczych. Obsluga, jak już wspomniałam bardzo miła, krążyła prawie bezustannie po samolocie dolewając napojów, częstując słodyczami, rozdając nawilżane chusteczki i promienne uśmiechy.

O 20:45 (2:45 czasu warszawskiego) wylądowaliśmy na lotnisku Kennedy’ego. Taksówka na Manhattan w stałej cenie 52 dolary. Jakieś 45 minut jazdy (o tej porze spory ruch!). Po dwudziestu minutach na horyzoncie zaczął majaczyć nocny, pocztówkowy Manhattan. Przykleiłam się do szyby i chłonęłam pierwsze obrazy wieczornego miasta.

Hostel położony na bardzo nowojorskiej ulicy Amsterdam Avenue. Napiszę o nim jeszcze sporo, ponieważ zarówno budynek i jego historia, instytucja hostelu jak i jego wnętrza i wyposażenie zasługują, żeby je opisać.

Zameldowanie odbyłyo się błyskawicznie. Po szybkim prysznicu zasnęłam właściwie od razu, w końcu mój zegar biologiczny był przekonany, że jest piąta nad ranem.

Obudziłam się o piątej czasu lokalnego. W pokoju spała poza mną tylko jedna dziewczyna. Cicho wymknęłam się do łazienki, o 6 zjadłam śniadanie i poszłam do pobliskiej stacji metra, na rogu 103 Ulicy i Broadwayu. Po przestudiowaniu mapki okazało się, że linia 1 zawozi mnie na sam skraj Manhattanu, a więc Downtown. Ostatnia stacja nazywała się South Ferry, więc coś mi mówiło, że odpływają stamtąd promy 😉

Nowojorskie metro jest zaskakująco płytkie. Bardzo rzadko są w nim windy, jeszcze rzadziej schody ruchome. Królują wąskie korytarze i żeliwne schody. W wagonach metra panuje fantastyczny chłód (w wagonach, ale na peronach już nie). Biorąc pod uwagę temperatury krążące wokół 30 stopni, to przejażdżka metrem zawsze jest wielką przyjemnością. Odległości są spore, jedzie się długo, dodatkową przyjemnością jest więc gapienie się na nowojorczyków. Staram się nie gapić w niegrzzeczny sposób, ale nie mogę się powstrzymać, żeby ich nie obserwować. Patrzę co czytają, jak się ubierają, czeszą, malują, jakie mają buty, smartfony, jakich aplikacji używają, jaką noszą biżuterię, cerę, paznokcie. Wszystko jest ciekawe. Z jednej strony każdy taki szczegół zaśmieca mózg jak wzory na obliczanie masy molowej pamiętane całe życie. Z drugiej strony z tego zlepka wrażeń pozostaną jakieś uniwersalia, wedłług których stworzy się w mojej głowie obraz mieszkańców Big Apple.

Po kilku dniach mogę powiedzieć, że wydają mi się cholernie mili. Wszystkie historie o ich gburowatości, potrącaniu, rozpychaniu się i obcesowości wydają mi się być zupełnie nieprawdziwe. W Big Apple spędzę łącznie ponad 3 tygodnie. Zobaczymy, czy ten obraz się zmieni. Na razie wydaje mi się, że są uroczy, uśmiechnięci, pomocni i po prostu dobrze wychowani.

Nie widać wrzasków, magiczne słowa proszę-dziękuję-przepraszam są w stałym u życiu, nikt nie śmieci, nie pcha się, nie przeklina. Kierowcy są fantastycznie uprzejmi i nie trąbią nawet na piewszych wchodzących na pasy na czerownym świetle. Tyle pierwszych wrażeń. Czas spać.

Update po 5 dniach

Za mną dziesiątki (tak!) kilometrów pokonanych pieszo, autobusem, metrem i promem. Moje pierwsze dni w Nowym Jorku zapadną mi na długo w pamięci. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam tak ogromnego miasta. Gwar, tłum, masy, ogromne masy ludzi, samochodów, autobusów, rowerów. Wszędzie napisy, reklamy, odngłosy, klaksony, światła, co chwilę wozy strażackie i karetki na sygnale. Zgiełk, harmider, zamęt, gorączka, gwar, hałas. Zewsząd dobiegają mnie najróżniejsze zapachy, odgłosy ludzi, maszyn, pojazdów. Nawet dla mnie (zakochanej w Warszawie) takie tempo, takie masy ludzi i bodźców są ciężkie do zniesienia. Teraz myślę, że to trochę zabawne, że sto lat temu Peiper napisał „miasto, masa, maszyna” patrząc na Kraków. Co by powiedział gdyby znalazł się dzisiaj na środku Times Square? Po prostu by zwariował. Skoro Kraków sto lat temu wywoływał podobne odczucia, jakie wywołuje u mnie dzisiejszy Nowy Jork…to co powiedzą ludzie za sto lat w Pekinie?

Ciąg dalszy wkrótce. I zdjęcia. Zdjęcia wkrótce, dużo zdjęć.

2 thoughts on “Moje pierwsze dni w Nowym Jorku

  1. Dzięki! Jutro przede mną lot i pobyt na lotnisku, czyli nareszcie okazja do pisania! Super, że ktoś czeka! pozdrawiam z Waszyngtonu i uciekam na fajerwerki, w końcu jest 4th of July! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.